Kawiarnia

Kawiarnia o jak na mój gust pretensjonalnej nazwie: siedem pokus umieszczona była przy ulicy Krakowskiej 10. Umówiony byłem tu z Karolem. Niepozorny ten mężczyzna o siwej już czuprynie, sprawiał wrażenie jak by wiecznie nieobecnego fajtłapy. Gdy jednak chciał, potrafił doskonale wtopić się w tłum. Jego nieodłącznym atrybutem były tabakiera, w której trzymał grubo zmielony, tłusty proszek i karabinek szturmowy f110, który niegdyś skrzętnie ukrywany przed niepożądanymi spojrzeniami, teraz swobodnie przewieszał przez ramię. Czasy po rewolucji bywały niebezpieczne, a w obronie życia, zarówno swojego, jak i innych mieszkańców miasta, Karol cechował się żelaznymi zasadami. W przedrewolucyjnych czasach policyjny czarny, jak mówiło się o antyterrorystach, dziś sprzedawał swoje umiejętności każdemu, kto chciał je kupić. Jedna była rzecz, która Karolowi przychodziła zupełnie za darmo. Kiedy ktoś usiłował mu zakazać jego pracy, sam szedł na ochotnika lub organizował odpowiednich ludzi. Niegdyś funkcjonariusz państwa, dziś chyba najzaciętszy jego wróg. Mawiał, że nie spocznie puki ostatni z rządowych nie padnie pod kulami jego karabinka. I obietnicę tą realizował z niewiarygodnie zimną konsekwencją. Po rewolucji państwo przestało de facto istnieć. Dawne tereny zajmowane przez rząd, zrzeszone zostały w niezależne od siebie miasta. Miasta te prowadziły ze sobą handel i koegzystowały na zasadach dobrowolności. System ten sprawdzał się jako tako przez okres kilku lat. Nowa, porewolucyjna rzeczywistość obudziła w ludziach niebywały entuzjazm. Uwolnieni spod kurateli państwa, które w ostatnim okresie swojego działania zagarniało coraz większe podatki, ludzie bardziej kreatywni zaczęli próbować swych sił w biznesie. Ci mniej kreatywni byli zatrudniani przez tych pierwszych. Nieuczciwi pracodawcy wciąż byli jednak plagą. Co prawda bardzo szybko się ulatniali, likwidując swoje firmy, jednakże na ich miejsce wciąż przychodzili nowi, spragnieni szybkich pieniędzy przy minimalnym koszcie. Doprowadziło to w prawdzie do ogromnego rozwarstwienia w społeczeństwie, jednak nie wielu mówiło o tym głośno po części dla tego, że mimo jego widocznych przejawów, nikt nie był na tyle biedny by nie posiadać własnego lub wynajmowanego choćby pokoju. Jednakże wciąż istnieli ludzie, pamiętający troskliwą rękę państwa, poszukujący możliwości jej odrodzenia głosząc między innymi hasła o równości ludzi i zwierząt. W brew pozorom, słuchało ich niewielu, jednak nadal, mimo upływu 10 lat, byli wyjątkowo potężni.
Usiadłem przy stoliku i poprosiłem o menu. Karol dziś wyjątkowo się spóźniał. Na stoliku stał szklany wazon. Pusty. Wyjąłem z kieszeni detektor i uruchomiłem. Po chwili poczułem dwukrotną, długą wibrację. Znaczyło to, że nikt nas nie będzie słuchał. Przynajmniej tutaj. Na wszelki wypadek ustawiłem tryb zagłuszania, schowałem puzdereczko do kieszeni i rozejrzałem się po lokalu. Przy stoliku naprzeciwko siedziała dziewczyna z czytnikiem książek, najwyraźniej pogrążona w lekturze. Na prawo dwóch mężczyzn w sportowych strojach rozmawiało przyciszonymi głosami. Twarz jednego z nich wydała mi się dziwnie znajoma. I wtedy mnie olśniło.

Komentarze

Popularne posty

Gdzie wy macie rozum! Marian i Barbara mieszkali w małej, „zabitej dechami” wsi. Nie było tam jeszcze kanalizacji. Oni mięli ledwie skończoną szkołę powszechną. Marian miał skromny dom. Mieszkało ich tam wszystkich pięcioro: ojciec, matka i troje dzieci. Marian i Barbara chodzili do tej samej klasy. Gdy osiągnęli pełnoletniość, postanowili się pobrać. Ślub wyznaczony był na piętnastego sierpnia. Przy pomocy obu rodzin udało się zorganizować huczne wesele. Zaprosili całą wieś. Stoły uginały się od różnego rodzaju mięsiwa i alkoholu. Do tańca przygrywała kapela z pobliskiej wsi. Gościom tak zaszumiało w głowach od nadmiaru alkoholu, że zaczęli tańczyć z kieliszkami wypełnionymi alkoholem. Sala weselna była zalana alkoholem, bo wiadomo po spożyciu się nie uważa. Na to wpadła matka Barbary krzyknęła tak głośno, że orkiestra zamarła i przestała grać. Gdzie wy macie rozum! Tyle alkoholu poszło na zmarnowanie, a przede wszystkim to są moje najlepsze kieliszki z Huty Szkła Glassworks Tadeusz Wrześniak! Jeżeli chociaż jeden z kieliszków zostanie zbity, to odkupicie mi wszystkie!! Na szczęście żaden z kieliszków nie zdążył się stłuc. Barbara pozbierała wszystkie kieliszki i zamiast nich przyniosła zwykłe. -Teraz możecie tłuc kieliszki do woli. I tak są już stare i trzeba je wyrzucić. Goście poczuli pełny luz i porwali się do tańca. Kieliszków nie trzeba było wyrzucać, bo na złość żaden się nie stłukł.