u Pawki

W Domu Pawki Szczerskiej zawsze panował rodzaj artystycznego nieładu. Co prawda nasi wspólni znajomi, a także rodzina Pawki określali to raczej jako chaos, lecz ona bardzo sprawnie odnajdywała się w swym gąszczu. Mieszkanie składało się w zasadzie z jednego pokoju z wysoką, choć dość lichą funkcjonalnie szafką na ubrania (jak ona mieści to wszystko na tak małej powierzchni), biurkiem na którym znajdował się potężny, na pierwszy rzut oka chaotyczny stos z płytami oraz małej wersalki. Z salonu, jak ironicznie Pawka nazywała ten przybytek wchodziło się do maleńkiej kuchni, jej drugiego królestwa. Choć od wielu lat mieszkała tutaj sama nie stołowała się w restauracjach, barach mlecznych itd. Lubiła gotować. A mówiąc bardziej precyzyjnie, jeść. O jedzeniu, potrawach, ich rodowodzie, wariantach i innych mało istotnych z punktu widzenia zwykłego śmiertelnika żeczach potrafiła rozprawiać godzinami. Przy czym w moim przypadku były to wykłady. Zawsze uważałem jedzenie raczej za konieczność, która powinna smakować dobrze, by to to ogóle można było przełknąć, niż za jakiś rodzaj sztuki godny osobliwie długich rozważań. Bukiet lilii, który wręczyłem przed chwilą, został skwitowany uśmiechem, po czym szybko przycięty i wstawiony do połyskującego, szklanego wazonu i umieszczony na blacie szafki.
Potem Pawka zakrzątnęła się w kuchni i bardzo szybko do mych nozdrzy zaczął docierać zapach świeżo zmielonej, parzonej właśnie kawy. Miłość do tego napoju była czymś, czego kiedyś nie rozumiałem, podobnie jak wielu dziwnych fascynacji Pawki. Z czasem jednak przyznałem jej rację w stwierdzeniu, że dobra kawa jest jak dobre wino.
Kilkadziesiąt przeraźliwie długich minut później, świeżo zaparzony napar wypełnił szkło stołowe. Pawka wymownie wskazała na biurko z płytami, na którym po za chaosem z kompaktów gatunków wszelakich, od muzyki klasycznej po thrashmetal, oraz laptopa stały dwa, słusznych rozmiarów głośniki. Po dłuższej chwili poszukiwań trafiłem na odpowiedni krążek i wkrótce pomieszczenie ocieplił saksofon Torego Brunborga do spółki z pozostałymi członkami Tord Gustafsen Quartet. Widzę, że nie wesoło dziś? Zagaiła Pawka z troską spoglądając mi w oczy. Wiedziałam, że się odezwiesz. Byłam tylko ciekawa czy zrobisz to za 2 tygodnie czy miesiące. Bo lata chyba przestały wchodzić w rachubę. Prawda?

Komentarze

Popularne posty

Gdzie wy macie rozum! Marian i Barbara mieszkali w małej, „zabitej dechami” wsi. Nie było tam jeszcze kanalizacji. Oni mięli ledwie skończoną szkołę powszechną. Marian miał skromny dom. Mieszkało ich tam wszystkich pięcioro: ojciec, matka i troje dzieci. Marian i Barbara chodzili do tej samej klasy. Gdy osiągnęli pełnoletniość, postanowili się pobrać. Ślub wyznaczony był na piętnastego sierpnia. Przy pomocy obu rodzin udało się zorganizować huczne wesele. Zaprosili całą wieś. Stoły uginały się od różnego rodzaju mięsiwa i alkoholu. Do tańca przygrywała kapela z pobliskiej wsi. Gościom tak zaszumiało w głowach od nadmiaru alkoholu, że zaczęli tańczyć z kieliszkami wypełnionymi alkoholem. Sala weselna była zalana alkoholem, bo wiadomo po spożyciu się nie uważa. Na to wpadła matka Barbary krzyknęła tak głośno, że orkiestra zamarła i przestała grać. Gdzie wy macie rozum! Tyle alkoholu poszło na zmarnowanie, a przede wszystkim to są moje najlepsze kieliszki z Huty Szkła Glassworks Tadeusz Wrześniak! Jeżeli chociaż jeden z kieliszków zostanie zbity, to odkupicie mi wszystkie!! Na szczęście żaden z kieliszków nie zdążył się stłuc. Barbara pozbierała wszystkie kieliszki i zamiast nich przyniosła zwykłe. -Teraz możecie tłuc kieliszki do woli. I tak są już stare i trzeba je wyrzucić. Goście poczuli pełny luz i porwali się do tańca. Kieliszków nie trzeba było wyrzucać, bo na złość żaden się nie stłukł.