łatwa robota

Janek Dobrowolski zadzwonił do mnie już w kilka dni po naszym spotkaniu u cypy. Lutek i Antek ubiegłej nocy poszli na obserwację i tak narodził się w Jankowej głowie nowy plan na mieszkanie przy Prusa 14, które nadała nam Landryna. Landryna była to złodziejka ukraińska, która przyjechała tu kilka lat wcześniej. Sporo już zresztą przeszła. Najpierw trafiła oczywiście pod autostradę, oddając wszystkie zarobione pieniądze Wołodii, wówczas bardzo znanemu sutenerowi Białoruskiemu, który mieszkał gdzieś koło Pruszkowa i podobno w zawodzie pamiętał jeszcze stare czasy. Potem Wołodię ktoś stuknął. Jedna fama głosiła że to Ukraińcy, którym podobno Wołodia nie płacił za towar wkurzyli się, przyjechali się upomnieć a gdy to nie poskutkowało po prostu ubili przepisową serią z AK, a potem ciało rozpuścili w kwasie, druga zaś plotka mówiła, że to Andrzejek postanowił wejść w jego biznes i coś chłopaki nie mogły dojść do porozumienia. Dość, że landryna została w tamtym czasie u Andrzejka, który prowadził mały pub, a że aktualnie szukał kogoś za bar, a landryna okazała się łatwo dostosowywać do nowych warunków, no więc sprawa załatwiła się sama. Jednakże mało kto wiedział, że Andrzejek swoim pracownikom płacił bardzo marnie. To też szybko i landryna zaczęła poprawiać swój los kosztem Andrzejka i z pubu zaczęła ginąć kasa. Gdy się o tym dowiedział, to landrynę rzucił i tak wylądowała znowu na ulicy. Tam trafiła po jakimś czasie na Janka, który obrabiał domy. Zamieszkali razem szybko i landryna znów zmieniła zawód. W tym czasie już w zamożniejących kręgach narastała moda na najmowanie robotników z zagranicy do różnych prac. Najpierw budowlanych, potem także tych drobnych, jak sprzątanie domów i mieszkań czy pielęgnowanie ogrodów. No więc landryna tak właśnie zaczęła pracować, przy czym miała wyszukiwać w obsługiwanych przez siebie domach oznak bardzo dużej zamożności, lub po prostu zwracać uwagę na sposób bycia właścicieli. Po jakimś czasie doszła w tym do jako takiej wprawy i początkowe porażki Janka zostały hojnie wynagrodzone. Gdy już landryna umiała rozpoznawać różne kwiatki, typu babcie kitrające w biblii po kilkaset dolarów, Janek wciągnął i mnie w tę robotę. Tak właśnie Janek dowiedział się o mieszkaniu na Prusa. Żyła tam starsza babcinka, ubrana nędznawo ale płaciła landrynie zwykle więcej niż żądała. Trzymała czyściuteńkie, jak nowe, kryształowe wazony a gdy kiedyś wyszła z domu w czasie gdy była tam landryna, ta znalazła kilka złotych monet. Oczywiście jedną przyniosła na próbę, Janek dał ją zaufanemu złotnikowi a ten orzekł, że nie jest to fałszywka. Starsza babcinka i złoto. Jedna z robót łatwiuteńkich do wykonania, więc orzekliśmy, że zabierzemy i młodych

Komentarze

Popularne posty

Gdzie wy macie rozum! Marian i Barbara mieszkali w małej, „zabitej dechami” wsi. Nie było tam jeszcze kanalizacji. Oni mięli ledwie skończoną szkołę powszechną. Marian miał skromny dom. Mieszkało ich tam wszystkich pięcioro: ojciec, matka i troje dzieci. Marian i Barbara chodzili do tej samej klasy. Gdy osiągnęli pełnoletniość, postanowili się pobrać. Ślub wyznaczony był na piętnastego sierpnia. Przy pomocy obu rodzin udało się zorganizować huczne wesele. Zaprosili całą wieś. Stoły uginały się od różnego rodzaju mięsiwa i alkoholu. Do tańca przygrywała kapela z pobliskiej wsi. Gościom tak zaszumiało w głowach od nadmiaru alkoholu, że zaczęli tańczyć z kieliszkami wypełnionymi alkoholem. Sala weselna była zalana alkoholem, bo wiadomo po spożyciu się nie uważa. Na to wpadła matka Barbary krzyknęła tak głośno, że orkiestra zamarła i przestała grać. Gdzie wy macie rozum! Tyle alkoholu poszło na zmarnowanie, a przede wszystkim to są moje najlepsze kieliszki z Huty Szkła Glassworks Tadeusz Wrześniak! Jeżeli chociaż jeden z kieliszków zostanie zbity, to odkupicie mi wszystkie!! Na szczęście żaden z kieliszków nie zdążył się stłuc. Barbara pozbierała wszystkie kieliszki i zamiast nich przyniosła zwykłe. -Teraz możecie tłuc kieliszki do woli. I tak są już stare i trzeba je wyrzucić. Goście poczuli pełny luz i porwali się do tańca. Kieliszków nie trzeba było wyrzucać, bo na złość żaden się nie stłukł.