beztytółowy

Piotr przekręcił kluczyk i nacisnął na klamkę. Drzwi szybko ustąpiły i mężczyzna znalazł się w swoim domu. Po dwudziestu godzinnej pracy, które przeżył jako tako chyba tylko wyłącznie dzięki adrenalinie miał dosyć wszystkiego. Dość sprawy dopalaczy i Sadełka, którego szukali od kilku miesięcy bezskutecznie, a właśnie kilka godzin temu osobiście przekręcał na jego nadgarstkach kluczyki od kajdanek. Dość inspektora Burego i jego niewyparzonego języka i nawet kota, który mrucząc i gruchając radośnie zaczął z wyraźną lubością ocierać się o jego nogi. Wszedł do kuchni, z blatem zdobionym szkłem dekoracyjnym i skierował się w stronę lodówki. Odnalazł wreszcie przedwczorajszy obiad, który przygotowała jego żona. Pomyślał o niej z czułością. Pewnie już śpi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest środek nocy i jego hałas przy krzątaniu obudziłby nawet umarlaka. Wszyscy jego koledzy z wydziału i nie tylko z tego wydziału zresztą dawno już płacili alimenty na dzieci, bądź po prostu zakańczali czasem długie, czasem krótkie, lecz zawsze niestabilne związki. Oni jednak dziwnym zrządzeniem losu męczyli się z sobą już od kilkunastu lat. Istny rekord. Cześć, stara pierdoło. Piotr najpierw usłyszał szelest długiej, nocnej koszuli, a potem zobaczył jak do kuchni zamaszystym krokiem kieruje się Jagoda. O wilku mowa. Pomyślał. Widziałam, widziałam. Jesteś chyba w połowie kanałów TV. Następnym razem mógłbyś chociaż zadzwonić, kiedy będziesz. Piotr westchnął. Zawsze tak było. Mimo trzech lat w tym wydziale, znikania na długie dni i noce, niekiedy nawet wyjazdów w zupełnie inną część kraju. To był jej swoisty rytuał. Dobrze wiedziała, że on nie ma na to zbyt wielkiego wpływu. Jagoda, jakby wyczuwając jego stan podeszła i przytuliwszy się pocałowała go w usta. Jej niezmiennie dobry humor i optymistyczna energia sprawiały, że Piotr choćby nawet był po najbardziej wyczerpującej służbie, wiedział, że ma do kogo wracać. Jagoda wstawiła wypełniony obiadem garnek na gaz, uczyniwszy to samo z czajnikiem. W tej samej chwili w kieszeni Piotra zadzwonił telefon.

Komentarze

Popularne posty

Gdzie wy macie rozum! Marian i Barbara mieszkali w małej, „zabitej dechami” wsi. Nie było tam jeszcze kanalizacji. Oni mięli ledwie skończoną szkołę powszechną. Marian miał skromny dom. Mieszkało ich tam wszystkich pięcioro: ojciec, matka i troje dzieci. Marian i Barbara chodzili do tej samej klasy. Gdy osiągnęli pełnoletniość, postanowili się pobrać. Ślub wyznaczony był na piętnastego sierpnia. Przy pomocy obu rodzin udało się zorganizować huczne wesele. Zaprosili całą wieś. Stoły uginały się od różnego rodzaju mięsiwa i alkoholu. Do tańca przygrywała kapela z pobliskiej wsi. Gościom tak zaszumiało w głowach od nadmiaru alkoholu, że zaczęli tańczyć z kieliszkami wypełnionymi alkoholem. Sala weselna była zalana alkoholem, bo wiadomo po spożyciu się nie uważa. Na to wpadła matka Barbary krzyknęła tak głośno, że orkiestra zamarła i przestała grać. Gdzie wy macie rozum! Tyle alkoholu poszło na zmarnowanie, a przede wszystkim to są moje najlepsze kieliszki z Huty Szkła Glassworks Tadeusz Wrześniak! Jeżeli chociaż jeden z kieliszków zostanie zbity, to odkupicie mi wszystkie!! Na szczęście żaden z kieliszków nie zdążył się stłuc. Barbara pozbierała wszystkie kieliszki i zamiast nich przyniosła zwykłe. -Teraz możecie tłuc kieliszki do woli. I tak są już stare i trzeba je wyrzucić. Goście poczuli pełny luz i porwali się do tańca. Kieliszków nie trzeba było wyrzucać, bo na złość żaden się nie stłukł.