Trzy lata

Krajobraz przybrał biały kolor. Na wierzchołkach i gałęziach drzew, słupach elektrycznych, dachach budynków i drogach zalegała wciąż powiększająca się warstwa śniegu. Wszystko co żywe i nie zasypia snem zimowym, schroniło się w swoich domostwach poszukując choć odrobiny ciepła, przy czym ludzie byli tu na znacznie lepszej pozycji, choć coraz częściej i oni przegrywali walkę z siłami natury. Służby energetyczne co i róż otrzymywały kolejne zgłoszenia o braku napięcia na kolejnych odcinkach linii, i nie robiły nic. Na terenach miejskich sytuacja nie była beznadziejna, jednak wystarczyło wyjechać za miasto choć na kilka kilometrów by ujrzeć obraz nędzy i rozpaczy. Powywracane przez wiatr i masy śniegu słupy i całkowitą ciemność. Idealną wprost do obserwacji gwiazd, jednakże temperatura w okolicach dwudziestej kreski poniżej zera skutecznie odstraszała amatorów astronomów czy spacerowiczów.
Anatol przetarł oczy i spojrzał na zegarek. Dochodziła trzecia w nocy. Zrzucił z siebie pościel i wzdrygnął się. Słabe ocieplenie domku, który kupił ubiegłego lata właśnie zaczynało o sobie przypominać. Prawie jak w czterdziestym trzecim. Pomyślał. Wstał z łóżka i rozpoczął poranną rozgrzewkę. Musiał dbać o organizm. O jego siłę. Tylko sprawny mógł być jeszcze potrzebny. Nie śpieszył się. Wiedział, że ma jeszcze godzinę czasu. Po upływie trzydziestu minut był już gotów do nowego dnia. Dorzucił drewna do dogasającego kominka, szybko jak na swój wiek rozprawił się z poranną toaletą i wszedł do kuchni. Wsypał dwie łyżeczki zmielonej kawy do zaparzacza i wstawił na gaz. Zostało mu jeszcze kilka minut. Ukroił pajdę chleba i zaczął jeść. Mniej więcej tak zaczynał się jego dzień od ponad 40 lat, kiedy to owej pamiętnej nocy wraz z Wierą przyjechali tutaj pełni ideałów, które z czasem zmieniły się we frazesy. Trzy lata. Pomyślał. Niedługo będą trzy lata. Ta myśl zawsze wytrącała go z równowagi. I choć to już tyle czasu minęło, od kąd Wiera przegrała walkę z chorobą i czasem, każde jej wspomnienie bolało starca prawie tak samo. Zaparzacz zaczął po kilku minutach oznajmiać bulgotem, że kawa jest prawie gotowa. Odruchowo spojrzał na zegarek. 3 Minuty. Zadziwiające że był tak punktualny. Przez te wszystkie lata nie spóźnił się ani razu.
. Zakręcił gaz i napełnił gorącym płynem szkło stołowe. Zapach kawy zaczął uderzać w jego nozdrza.

Komentarze

Popularne posty

Gdzie wy macie rozum! Marian i Barbara mieszkali w małej, „zabitej dechami” wsi. Nie było tam jeszcze kanalizacji. Oni mięli ledwie skończoną szkołę powszechną. Marian miał skromny dom. Mieszkało ich tam wszystkich pięcioro: ojciec, matka i troje dzieci. Marian i Barbara chodzili do tej samej klasy. Gdy osiągnęli pełnoletniość, postanowili się pobrać. Ślub wyznaczony był na piętnastego sierpnia. Przy pomocy obu rodzin udało się zorganizować huczne wesele. Zaprosili całą wieś. Stoły uginały się od różnego rodzaju mięsiwa i alkoholu. Do tańca przygrywała kapela z pobliskiej wsi. Gościom tak zaszumiało w głowach od nadmiaru alkoholu, że zaczęli tańczyć z kieliszkami wypełnionymi alkoholem. Sala weselna była zalana alkoholem, bo wiadomo po spożyciu się nie uważa. Na to wpadła matka Barbary krzyknęła tak głośno, że orkiestra zamarła i przestała grać. Gdzie wy macie rozum! Tyle alkoholu poszło na zmarnowanie, a przede wszystkim to są moje najlepsze kieliszki z Huty Szkła Glassworks Tadeusz Wrześniak! Jeżeli chociaż jeden z kieliszków zostanie zbity, to odkupicie mi wszystkie!! Na szczęście żaden z kieliszków nie zdążył się stłuc. Barbara pozbierała wszystkie kieliszki i zamiast nich przyniosła zwykłe. -Teraz możecie tłuc kieliszki do woli. I tak są już stare i trzeba je wyrzucić. Goście poczuli pełny luz i porwali się do tańca. Kieliszków nie trzeba było wyrzucać, bo na złość żaden się nie stłukł.