zakupy

Znowu te zakupy. Nie znoszę zakupów! Do wielkich centrów handlowych żywię wręcz organiczny wstręt i gdy by nie to, że nowe ciuchy przydały by się zdecydowanie, to najprawdopodobniej pozostał bym w domu. W taki upał, jak dziś miasto działa na mnie niezwykle męcząco. Miasto, a w zasadzie i szczególności jego wspaniały, cudowny transport publiczny. Odkąd kilka lat temu stłukłem jadąc autobusem dopiero co kupione wazony, bo jakiś idiota kierowca ubzdurał sobie, że zamiast ludzi wiezie przyczepę kartofli, nabrałem do tego cudownego rozwiązania jeszcze więcej dystansu. Własnego samochodu nie dorobiłem się jeszcze a taksówki są pioruńsko drogie, zwłaszcza w dużych miastach gdzie korki są praktycznie zawsze i o każdej porze może za wyjątkiem godzin nocnych, a poza tym korek w moim przypadku równa się samopoczuciu a-la karuzela więc wolę trzymać siebie a przede wszystkim swój portfel z dala od tego typu usług. Takie korki to prawdziwa udręka. Zwłaszcza w pojeździe bez klimatyzacji. Start, stop. Przód, tył. Hamowanie i gaz, po to żeby znowu stanąć. A do tego gorąco. Gdy by nie ta temperatura, to jeszcze powiedział bym, że można. Ale tak, paw murowany. No więc ryzyk fizyk. Zamiast więc wylegiwać się w sobotę po ośmiu godzinach harówki w tygodniu, jak każdy prawdziwy, uczciwy i takie tam. Obywatel, muszę wstać rano. Dziewiąta i na nogach. Ogarnąć chatę coby przypominała nieco bardziej wytwór cywilizacji ludzkiej i w autobus. Ludzie, z którymi rozmawiam, często się rozpływają. Bo ty mieszkasz na wsi, tobie dobrze. A gucio tam. Taki autobus, na ten przykład, jeździ do najbliższego miasta co trzy godziny. Sklepu, nie ma. Poczty, apteki, o placówkach kultóralnych nie wspominając. Wszędzie trzeba chodzić pieszo po kilka kilometrów. Jedyny plus z tego jest taki, że jeszcze jako tako zipię i nie imają się mnie rożne śmieszne choroby ale jak by nie mówić, to każdy wyjazd podporządkowany jest autobusowi. Przyjazd też. A jak nie, to najbliższy przystanek kolejowy jest w sąsiedniej miejscowości. Kolejnych kilka KM. Kiedyś mieli u nas zrobić przystanek, ale wójt, mości pan, zgody nie wydał. Absurd.

Komentarze

Popularne posty

Gdzie wy macie rozum! Marian i Barbara mieszkali w małej, „zabitej dechami” wsi. Nie było tam jeszcze kanalizacji. Oni mięli ledwie skończoną szkołę powszechną. Marian miał skromny dom. Mieszkało ich tam wszystkich pięcioro: ojciec, matka i troje dzieci. Marian i Barbara chodzili do tej samej klasy. Gdy osiągnęli pełnoletniość, postanowili się pobrać. Ślub wyznaczony był na piętnastego sierpnia. Przy pomocy obu rodzin udało się zorganizować huczne wesele. Zaprosili całą wieś. Stoły uginały się od różnego rodzaju mięsiwa i alkoholu. Do tańca przygrywała kapela z pobliskiej wsi. Gościom tak zaszumiało w głowach od nadmiaru alkoholu, że zaczęli tańczyć z kieliszkami wypełnionymi alkoholem. Sala weselna była zalana alkoholem, bo wiadomo po spożyciu się nie uważa. Na to wpadła matka Barbary krzyknęła tak głośno, że orkiestra zamarła i przestała grać. Gdzie wy macie rozum! Tyle alkoholu poszło na zmarnowanie, a przede wszystkim to są moje najlepsze kieliszki z Huty Szkła Glassworks Tadeusz Wrześniak! Jeżeli chociaż jeden z kieliszków zostanie zbity, to odkupicie mi wszystkie!! Na szczęście żaden z kieliszków nie zdążył się stłuc. Barbara pozbierała wszystkie kieliszki i zamiast nich przyniosła zwykłe. -Teraz możecie tłuc kieliszki do woli. I tak są już stare i trzeba je wyrzucić. Goście poczuli pełny luz i porwali się do tańca. Kieliszków nie trzeba było wyrzucać, bo na złość żaden się nie stłukł.