Ananasy


Wróciłem nieco zmęczony z Bieszczad. Trzydniowy wyjazd z kolegami nie należy do sielanek.
Okazją do tego wypadu był wieczór kawalerski pewnego gościa, naszego dobrego kolegi.
Wynajęliśmy domek, to znaczy sporej wielkości chałupę gdyż sądzę że powierzchnia tego uroczego
domku wynosiła przynajmniej ze sto metrów kwadratowych. Trzy duże sypialnie, dwie łazienki,
ogromna jadalnia, salon z kominkiem, no i oczywiście kuchnia.
Kuchnia była również wystarczającej wielkości, przewidziana na przynajmniej trzech kucharzy
i oczywiście wyposażona była w niezbędne przy takich okazjach szkło wszelkiego rodzaju.
Obok domku znajdowało się miejsce bardzo dobrze przygotowane do biesiadowania,
mam tu na myśli spore palenisko na ognisko z fajnym grillem opuszczanym na łańcuchu, oraz wiatę
pod którą ławy i stoły pomieściłyby kilkakrotnie więcej ludzi niż nas było, a było nas paru.
Trzy dni głośnej, ulubionej muzyki, z którą nie było problemów ponieważ zasadniczo wszyscy lubimy
mniej więcej to samo, śmiało można powiedzieć że raczej więcej niż mniej.
Najlepsze w tej miejscówce jest to iż nikomu przesadnymi decybelami nie mogliśmy przeszkadzać.
Domek położony jest na wystarczającym zadupiu aby bawić się, aby bawić się na całego.
Już na drugi dzień zabrakło nam prowiantu, takiego najważniejszego, tego w półlitrowych szklanych
butelkach. Zgodnie stwierdziliśmy że to wstyd i że kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.
Starzejemy się jednak i na to nie ma mądrych. Takie słabe usprawiedliwienie, ale każdy z nas
się z tym zgodził, bo co miał zrobić po prostu amatorszczyzna.
Poratował nas na szczęście kumpel, który w ten dzień dojechał do nas. W prawdzie był na motorze,
ale te kilkanaście litrów mógł zmieścić w bocznych sakwach. Co byście zrobili gdyby nie ja.
Trzeba by było zapieprzać na nóżkach do najbliższej wioski. Mówił to z wyższością, wiedząc
iż jest naszym zbawieniem. 
Działo się, oj działo jeszcze sporo, ale nie o wszystkim można pisać jak to mówił Kaziuk w Konopielce.
Wracając do sedna po odespaniu trzydniowego wieczoru kawalerskiego stwierdziłem u siebie objawy
Głodu. Nic nie mam w lodówce. To stwierdziłem zaraz potem. Nie chcę mi się iść do klepu.
To następne stwierdzenie które podpowiadał mi organizm.
Na ratunek przyszła mi stojąca samotnie w kącie, głęboko w lodówce, puszka ananasów.
Wspaniale! Ostatecznie wspaniale!


Komentarze

Popularne posty

Gdzie wy macie rozum! Marian i Barbara mieszkali w małej, „zabitej dechami” wsi. Nie było tam jeszcze kanalizacji. Oni mięli ledwie skończoną szkołę powszechną. Marian miał skromny dom. Mieszkało ich tam wszystkich pięcioro: ojciec, matka i troje dzieci. Marian i Barbara chodzili do tej samej klasy. Gdy osiągnęli pełnoletniość, postanowili się pobrać. Ślub wyznaczony był na piętnastego sierpnia. Przy pomocy obu rodzin udało się zorganizować huczne wesele. Zaprosili całą wieś. Stoły uginały się od różnego rodzaju mięsiwa i alkoholu. Do tańca przygrywała kapela z pobliskiej wsi. Gościom tak zaszumiało w głowach od nadmiaru alkoholu, że zaczęli tańczyć z kieliszkami wypełnionymi alkoholem. Sala weselna była zalana alkoholem, bo wiadomo po spożyciu się nie uważa. Na to wpadła matka Barbary krzyknęła tak głośno, że orkiestra zamarła i przestała grać. Gdzie wy macie rozum! Tyle alkoholu poszło na zmarnowanie, a przede wszystkim to są moje najlepsze kieliszki z Huty Szkła Glassworks Tadeusz Wrześniak! Jeżeli chociaż jeden z kieliszków zostanie zbity, to odkupicie mi wszystkie!! Na szczęście żaden z kieliszków nie zdążył się stłuc. Barbara pozbierała wszystkie kieliszki i zamiast nich przyniosła zwykłe. -Teraz możecie tłuc kieliszki do woli. I tak są już stare i trzeba je wyrzucić. Goście poczuli pełny luz i porwali się do tańca. Kieliszków nie trzeba było wyrzucać, bo na złość żaden się nie stłukł.